Korona w mroku, Dziedzictwo ognia - Sarah J. Maas

8 | Skomentuj

            Największą przyjemność czytelnikowi daje paczka do odbioru na poczcie. Tym bardziej, jeżeli w środku znajdują się kolejne tomy „Szklanego tronu”, który przeczytałeś z wypiekami na twarzy. Dlaczego? Nietuzinkowa fabuła, świat dopracowany w każdym szczególe i bohaterzy, za którymi można skoczyć w wir walki lub ogień. Fantastyka w najlepszej krasie.

Kiedy już wszystko sobie poukładasz, zapamiętaj, że nie miałoby to dla mnie żadnego znaczenia. Nigdy nie miało znaczenia. Wybrałabym ciebie. Zawsze wybiorę ciebie

            Na „Koronę w mroku” musiałam długo czekać. Pierwszy tom zawładnął moim sercem, byłam ciekawa kolejnych przygód Celaeny, lecz nie miałam kolejnych części pod ręką. Wyczekując paczki zabrałam się za „Dwór cierni i róż” i „Dwór mgieł i furii” i bezgranicznie przepadłam. Pani Maas spowodowała, że o niczym innych nie myślałam, byłam na głodzie, więc gdy tylko dotarły pozostałe części, zabrałam się za nie od razu i zapomniałam o otaczającym świecie.


            Celaena wygrywa turniej – zostaje Królewską Obrończynią, choć według mnie bardziej pasuje do niej określenie Królewska Zabójczyni. Z jednej strony musi wykonywać polecenia króla, z drugiej chce być lojalna w stosunku do Chaola, który wciąż ją trenuje i szkoli oraz Doriana, który próbuje sobie poradzić z uczuciami. Są przyjaciółmi, ale trudno zachować trzeźwość umysłu, jeżeli myśli się sercem. Celaena wpakuje się w niezłe kłopoty. Zazdrośni mężczyźni to najgorsze z wszystkich ras.

            W „Koronie w mroku” znajdziemy emocje, których brakowało w poprzednim tomie. Czuć, że Sarah J. Maas szkoliła swój warsztat, łatwiej przekazuje myśli, opisy jak zawsze zachwycają i nie nudzą. Bohaterowie nabrali charakteru oraz tajemniczości. Nie wiemy czy wierny przyjaciel, czasem nie spiskuje za naszymi plecami. Pojawia się wstrząsająca śmierć, która roni łzy. Nie można zapomnieć, że Maas dopiero się rozkręca, a magia, która się pojawia to dopiero początek.

A przecież i tak nigdy nie zapomni owego dnia, gdy los odebrał jej wszystko, co kochała, a ona przebudziła się skąpana w cudzej krwi.

            Zakończenie jest… trudne. Nikt chyba się nie spodziewał, że po takiej akcji Celaena opuści królewskie ziemie. Można znienawidzić bohatera, który doprowadza do wyjazdu Zabójczyni. Co przyniesie jej nieznany kontynent?


Była dziedziczką popiołu i ognia, i nie będzie się nikomu kłaniać.

            „Dziedzictwo ognia” na początku jest trochę nudne, ale potem rozkręca się i nie daje czytelnikowi złapać tchu. Jeżeli wcześniej mówiłam, że „Korona…” jest dobra, to kłamałam – trzeci tom „rozpiernicza” system. Świat przedstawiony zachwyca i przeraża. Pojawia się długo wyczekiwany Rowan, nie jesteśmy pewni, czy można mu zaufać. Wcześniej naoglądałam się Fan Artów oraz nakręciłam się z dziewczynami i byłam świadoma, że Fae namiesza w fabule.

Uniosła twarz ku gwiazdom. Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i była dziedziczką dwóch potężnych linii, obrończynią niegdyś wspaniałego narodu, królową Terrasenu.Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i nie było w niej strachu.

            Celaena wraca do przeszłości, poznajemy ją na nowo, zaczynamy rozumieć wybory, charakter. Odkrywa przed nami karty. Rozumiemy kim jest Aelin i jaką rolę odegra. Zaginiona dziedziczka. W trzecim tomie mamy więcej akcji, walki ze złem, poznajemy nieznane moce, życie Fae, wszystko jest dopieszczone.


            Jestem wielką fanką Mass. 

Za egzemplarze do recenzji dziękuję Wydawnictwu Uroboros.

Nothing More - Anna Todd

3 | Skomentuj
Całowanie się z nią przypomina dotykanie gorącego wosku. Nagły ogień zaskoczenia szczypie, ale oparzenie szybko przechodzi w swoje przeciwieństwo, przekształcając się w coś zupełnie innego, bardziej miękkiego.

Kiedy czytasz młodzieżówkę, nie oczekujesz od niej wiele, jest w pewnym sensie „odmóżdżaczem”. Czasem lubię przenieść się w taki prosty świat, gdzie opowieść ma zrelaksować i dać ukojenie po wielu bardziej skomplikowanych powieściach.

            „Nothing more” przybyła do mnie niedawno i niespodziewanie. Oczywiście wiecie, że moim ukochanym gatunkiem jest fantastyka, ale po inne tytuły sięgam równie często. Tym razem dość specyficznie podchodziłam do tej pozycji – nie przez to, że jest to młodzieżówka, według mnie trzeba dać szansę, każdej książce. Moje obawy były spowodowane tym, że nie czytałam nigdy nic Anny Todd, nie znam serii After.

            Szybko się wkręciłam w przystępny świat autorki i nawet dobrze się bawiłam, pomimo jednego „ale”, który ukaże wam potem.

To fascynujące, jak narrator potrafi sprawić, że podajesz w wątpliwość to, co myślisz, że wiesz o świecie.

            Głównym bohaterem jest London, który po pewnych nieprzyjemnych sytuacjach w swoim życiu, przeprowadził się do Nowego Jorku z dziewczyną. Niestety pojawiły się kolejne komplikacje i zostaje sam w wielkim mieście. Londonowi zawalił się świat, próbuje na nowo go posklejać. Razem ze swoją przyjaciółką Tessą są jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. Czy sobie poradzą?

Uwielbiam NYC, więc bardzo podobały mi się opisy miejsc, barów, ludzi, kawiarni. Według mnie bardzo dobrze zostały odwzorowane. Jest to miasto, które nigdy nie śpi, tętni życiem, a ilość ludzi może przerażać. Wszędzie obecny gwar przytłacza, ale daje radość.

Bardzo polubiłam Tess i to chyba dla niej czytałam tę powieść. Podziwiałam ją za autentyczność i lekkość. 

Jedynym minusem jest to, co Anna Todd zrobiła Londonowi pod koniec powieści. Czytając, nie mogłam w to uwierzyć i na mojej twarzy malował się szok. Takich rzeczy się nie robi. Uwielbiam mocnych, silnych bohaterów, którzy mogą wykazać się męskością, a to co zrobiła Anna… aż szkoda słów. Powinna iść za to do piekła.


„Nothing More” to lekka opowieść na parę godzin, czytanie jej jest przyjemne. Bohaterowie nie irytują, fabuła trzyma w napięciu, a częste zwroty akcji nie dają czytelnikowi złapać tchu. Jestem ciekawa kontynuacji, ponieważ Annie nie mogę wybaczyć zakończenia. Chcę wiedzieć, czy London się pozbiera i czy Tess w końcu znajdzie miłość. 
Jeżeli leży u was na półce dajcie jej szansę, dobrze relaksuje J

Firstlife. Pierwsze życie - Gena Showalter

8 | Skomentuj

Wybierając kolejne książki do przeczytania, często zwracam uwagę nie tylko na okładkę, recenzję, ale także wydawniczy opis. Jest on dla mnie pierwszym rozdziałem powieści, dzięki niemu wkraczamy w świat magii fantastyki. Powinien być chwytliwy. Wiem, że redakcja książek i wydawnictwa przykuwają dużą uwagę do nich, znają treść i w skrupulatny, plastyczny sposób muszą zabrać czytelnika do świata, który stworzył autor. Rzadko pisząc recenzje na moim blogu kopiuje i pokazuje wam opis z okładki, ale… według mnie jest bardzo, bardzo dobry.

Żyje się tylko raz? Nie w tym świecie, tutaj prawdziwe życie zaczyna się dopiero po śmierci. Jesteś pełnoletni? A więc pora zdecydować, czy będziesz wyznawać zasady Trojki, czy Miriady. Te dwie frakcje toczą zaciekłą walkę o dusze Niezwerbowanych i prawie nigdy nie grają czysto. Te dwie frakcje toczą zaciekłą walkę o dusze Niezwerbowanych i prawie nigdy nie grają czysto.

Tenley została naznaczona już w chwili narodzin. Jest obdarzona wielką mocą. I Trojką, i Miriada nie cofną się przed niczym, by ją przeciągnąć na swoją stronę. Wciąż nie zdecydowała, dokąd chce trafić po śmierci, a nie wie, że los przygotował dla niej kilka niemiłych niespodzianek.
            Prawda, że zachęcający do sięgnięcia po książkę? Definitywnie jest on wielkim plusem.

            Czytając „Firstlife. Pierwsze życie” korespondowałam z koleżanką, która też w tym czasie zgłębiała się w twórczość Geny Showalter. Razem kroczyłyśmy przez stworzony świat. Na początku nie mogłyśmy powstrzymać zachwytów. Wszystko zaczyna się od humorystycznej wymiany wiadomości, która dała mi nadzieję, że powieść porwie moje miękkie serce, niestety potem poznałam bohaterkę i wszystko prysło jak bańka mydlana.

            Kolejnym plusem jest tło fabuły. Gena w bardzo umiejętny sposób stworzyła dwa równoległe światy, konkurencyjne, tak naprawdę do końca nie wiemy, który jest tym dobry, a który złym. Trójka symbolizuje jasność, klarowność, a Miriada jest kreowana na mniej przyjemny. Kolejnymi atutami są -  wątek miłosny, nietuzinkowy, porywający, oraz motywy bohaterów, które zawsze są niejasne.

            Nie lubię w swoich recenzjach opisywać złych rzeczy na temat książki. W „Firstlife” czegoś mi brakowała, nie polubiłam głównej bohaterki i miałam straszny problem, aby brnąć przez fabułę. Przeszkadzała mi i uważam, że bez niej ta powieść byłaby rewelacyjna. Jej wybory doprowadzały mnie do szewskiej gorączki, ale całość prezentuje się dobrze.

            Powinniście sięgnąć po nią, pomimo, że nie podobała mi się do końca. Czytałam różne opinie i większość się podoba, coś musi w niej być J


            Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu HarperCollins.