Cykl kobiecych felietonów: Wdowa


Pewnego dnia obudziłam się ze świadomością, że obok nie ma drugiej osoby, połowa łóżka jest całkowicie zimna, brakuje znajomego zapachu, a ja czuję pustkę. Ciągły „brak” towarzyszy mi już rok – zapachu, bliskości, pocałunków, rozmów, konfliktów, uśmiechów, harmonogramu pracy i smsów: „Wrócisz szybciej z pracy? Mam na Ciebie ochotę.”. To tak jakby wyjechał na bezludną wyspę i nie miał zasięgu, a moja podświadomość czeka, aż wróci. Czasem mam wrażenie, że przypadkiem spotkam go w sklepie pod blokiem, wzrokiem szukam jego samochodu na parkingu, ale go nigdzie nie ma, tłumaczę sobie, że może został dłużej w pracy – opowiada Zosia. 
Lat 32, matka jedenastoletniej córeczki, wdowa.

Dwa miesiące wcześniej lekarz wydał wyrok na Jerzego. Złośliwy rak, którego nie damy rady pokonać. Pierwsze dni po jego śmierci były katorgą. Informacje, którymi byłam bombardowana z zewnątrz nie docierały do mnie. Cały czas miałam nadzieję, że to tylko głupi koszmar i zaraz obudzi mnie śmiech mojego męża, który przekomarza się z córką, o to kto pierwszy zajmie łazienkę lub z czym będą naleśniki. Do pogrzebu żyłam jak w mydlanej bańce, bez tlenu. Kiedy stanęłam w kostnicy, aby zidentyfikować zwłoki Jerzego miałam wrażenie, że zaraz zacznę wyć z rozpaczy, a cała procedura powinna odejść jak najszybciej do przeszłości, bo kto normalny każe żonie przechodzić przez coś tak strasznego. Organizacja pogrzebu mnie przerastała, pamiętam jak siedziałam w zakładzie pogrzebowym i musiałam podejmować decyzję o trumnie, kwiatach, panu, który miał grać na trąbce i pani „różańcowej”, a mi było wszystko jedno. Tak cholernie miałam nadzieję, że zaraz ktoś wyskoczy z kamerą krzycząc „Mamy Cię!” i jednocześnie okaże się to wszystko żartem, z którego będę mogła latami śmiać się z Jerzym, bo on przecież lubi takie głupie kabarety.

Kiedy kładę się spać szukam dłonią wsparcia, które miałam od jedenastu lat, ale na marne – dodaje ocierając samotną łzę z policzka. Wciąż muszę sobie przypominać: „Jerzy nie żyje”, żeby przypadkiem nie zapomnieć i zadzwonić do niego. To wszystko wydaje się jakby wyciągnięte z najgorszego koszmaru, jak psychicznie chora osoba ma omamy, widzi rzeczy, które nie mają miejsca i żyje w swoim surrealistycznym świecie. I w całym tym galimatiasie jest moje dziecko, któremu muszę wytłumaczyć dlaczego taty już nie ma, nie odbierze ją ze szkoły i nie pojedzie już nigdy z nami na wakacje do Wisły. Jak każda matka odpowiadam na pytania „dlaczego?”, dziecko chce znać odpowiedzi, jest ciekawe świata, a ja wolałabym opowiadać o kolorze nieba, szybkości samolotu lub ulubionej bajce, a nie o śmierci.
Na początku naszego związku z Jerzym dużo pracowałam, jako młoda „dwudziestka”, rozkręcałam swój mały biznes, nie było mnie w domu, godzinami siedziałam w pracowni, a on przypominał mi o jedzeniu, piciu czy spaniu. Był to cudowny czas, kiedy byliśmy we dwoje. Dzieliliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, oczywiście kiedy nie byłam w pracowni. Wieczorami siedzieliśmy na bujanej ławce w ogrodzie, przykryci ogromnym wełnianym kocem, którego nienawidził i rozmawialiśmy o przyszłości. I gdzie ta przyszłość, kiedy umarł tak szybko?

Żałoba trwa już rok, albo aż rok. Jest to czas hibernacji, w którym trzeba zaakceptować zmianę, która nastąpiła w naszym życiu. Koleżanki i rodzina cały czas powtarzają: „Jaka ty jesteś dzielna, jak ty sobie dobrze radzisz.”, a ja myślę, że to całkowita bzdura. Jestem dzielna, bo nikt inny za mnie nie będzie dzielny, radzę sobie, bo muszę sobie radzić. Wcześniej obowiązki na swoich ramionach niosły dwie osoby, a teraz zostałam sama i muszę – odebrać dziecko ze szkoły, przygotować kolejne projekty z pracy i po prostu żyć. Czasem siadam na „naszej” bujanej ławce i zastanawiam się, co on by zrobił na moim miejscu. Ta myśl dodaje mi sił. Wiem, co ja bym zrobiła, a jako kontratak stawiam mojego zmarłego męża, który zawsze miał odmienne zdanie na każdy temat. Kiedyś myślałam, że robi mi na złość zawsze odwracając moje pomysły do góry nogami, ale teraz wiem, że to był jego sposób abym dokładnie przemyślała swoją decyzję. Więc walczę sama ze sobą i na nowo układam świat. Córeczka często pyta dlaczego jestem taka zamyślona, a ja odpowiadam, że wspominam tatę, który jest z nami w naszych sercach.